wtorek, 15 marca 2016

Rozdział 26

          Leżałam wtulona w bok chłopaka. Obejmował mnie ramionami. Jego skóra w dalszym ciągu była rozgrzana, a oddech płytki i urywany. Jednak z każdą chwilą spowalniał do normalnego rytmu. Odgarnęłam z twarzy blond włosy, przejeżdżając palcami po jego brzuchu. Podniosłam głowę, by móc go zobaczyć. Miał zamknięte oczy i delikatnie uśmiechał się pod nosem. Zrobiłam to samo, rokoszując się tym momentem. Wolny i niegwałtowny seks, pełen czułości, to coś czego potrzebowałam z rana, aby się rozluźnić i odprężyć, a także pozbyć się negatywnych emocji, które nagromadziły się we mnie po wczorajszej wizycie u rodziców. A Luke zapewnił mi to wszystko, dodatkowo jeszcze bardziej pobudzając uczucie, którym go darzyłam. Chciałam, by i on odczuwał to wszystko tak samo.
- Luke – powiedziałam, choć on nie mógł mnie usłyszeć, dlatego dodatkowo przejechałam palcem po jego policzku. Błękitne oczy chłopaka spojrzały wprost na mnie.
- Mógłbym tak z tobą leżeć cały czas.
- Ja też, ale niestety mam dzisiaj pracę. – Pokręcił niezadowolony nosem. – Zjemy śniadanie w łóżku?
- Kanapki z Nutellą?
- Pewnie.
- Kto robi?
- Na trzy? – Pokiwał głową. Wyciągnęliśmy przed siebie dłonie. – Raz, dwa, trzy… No, świetnie – mruknęłam, kiedy Luke pokazał nożyce, a ja papier.
- Przegrałaś, skarbie. Nałóż dużo czekolady.
- Jasne – odparłam, podnosząc się.
           Pocałowałam go w usta, a następnie wstałam z łóżka. Szybko wciągnęłam na siebie piżamę, by po chwili wyjść z pokoju. Dzisiaj śniadanie serwowałam ja, ale na szczęście blondyn nie miał zbyt wielkich wymagań. A nie powiem, że nie miałam ochoty stać przy garach dłużej, niż to było konieczne. Wstawiłam wodę na kawę, a potem złapałam za chleb, który kupiliśmy wczoraj. Zaczęłam robić kanapki, odkładając te gotowe na ówcześnie przyszykowany talerz. Byłam w połowie, kiedy usłyszałam dźwięk dzwonka.
- Jen dzwoni! – krzyknął Luke z pokoju. Byłam pewna, że nadal nie ruszył tyłka z łóżka.
           Oblizałam palca, który ubrudził się przy smarowaniu jednej z kromek. Odwróciłam się i wróciłam do pokoju, aby odebrać od Hemmingsa telefon, który trzymał w dłoni. Chłopak od razu padł na materac i mocniej przykrył się kołdrą, niemalże zakopując się w pierzynie. Zaśmiałam się pod nosem. 
           Opuściłam pokój, by dokończyć kanapki, a także oddzwonić do przyjaciółki. Wiedziałam, że będzie wypytywała mnie o to, co stało się wczoraj, a ja cholernie nie chciałam rozmawiać o tym przy Hemmingsie. Szczególnie, że wyglądało na to, że i jemu polepszył się odrobinę humor. Nie zamierzałam tego w żaden sposób psuć.
- Jen?
- No, w końcu – mruknęła do słuchawki. – Byłam pewna, że zanim oddzwonisz to skończy mi się przerwa. Gadaj dokładnie, co się stało wczoraj. Naprawdę zaczynam się martwić.
- Mam do pracy na trzecią. Może spotkamy się przed i…
- Będę na ławce – przerwała mi szybko. – O wpół do?
- Pasuje.
- W takim razie widzimy się na miejscu, blondi. – I rozłączyła się.

            Usiadłam na ławce, kładąc obok siebie torbę. Rozpięłam małą kieszonkę, wyciągając z niej paczkę papierosów. Złapałam za cienkiego slima, a następnie podpaliłam go. Poczułam mentolowy posmak, który zatrzymał się na moich wargach. Wsunęłam paczkę z powrotem do kieszonki, zaciągając się papierosem. W jakiś sposób uspokajał mnie przed rozmową z Jen. Przed tematem, którego nie chciałam poruszać.
- Cześć nałogowy palaczu, który pod wpływem pewnego przystojnego blondyna pali tego świństwa mniej. – Podniosłam głowę i rękę, tworząc z niej daszek, aby móc spojrzeć na brunetkę. Stanęła w słońcu, przez co prawie wytopiło mi oczy. Uśmiechnęłam się blado, zaciągając się ponownie.
- Luke nie lubi, jak palę – skwitowałam, wzruszając ramionami.
- Wcale się nie dziwię. Paskudny nałóg.
- Mówi to samo.
- Ale ty i Ashton i tak wiecie lepiej –skomentowała, siadając obok.
           Wzięłam jeszcze dwa szybkie machy, a następnie zgasiłam papierosa o klapę śmietnika, który znajdował się po mojej lewej stronie. Przeniosłam niebieskie oczy na przyjaciółkę. Ona już z oczekiwaniem wpatrywała się we mnie. Westchnęła cicho pod nosem, widząc, że ja dalej milczę.
- Wyduś to z siebie – powiedziała, przekręcając oczami. – Wiem, że stało się coś u twoich rodziców. Nie powiedziałaś mi jednak, co dokładnie się wydarzyło.
- Moja mama niezaakceptowana Luke'a.
- Bo?
- Bo nie słyszy.
- Ty sobie jaja ze mnie robisz – odparła z niedowierzaniem. Uniosła jedną brew do góry, przechylając jednocześnie głowę. – To kurwa nie możliwe! Nie ona!
- Ale tak było – jęknęłam pod nosem zrezygnowana. – W sumie nadal jest. Miałam cichą nadzieję na to, że jej przejdzie. Że zadzwoni i przeprosi. Ale nic z tego.
- Ale… Jak można kogoś zdyskwalifikować, tylko dlatego… Nie, tego nawet nie da się dobrze objąć słowami. A co na to twój tata? Jaki on był w stosunku do Luke'a?
- Był w porządku. Złapali wspólny język i rozmawiali ze sobą. Ale mama… Ona patrzyła się na niego, jak na niechcianego gościa, a nawet w pewien sposób , jak na intruza. Było mi głupio. Czułam się koszmarnie. Nie rozumiem, co jej odbiło.
- Sama nie mam pojęcia. Byłam pewna, że to w jej oczach Luke zdobędzie największe uznanie. A tu… Nie, zawiodła mnie po całości. – Westchnęłam głośno, spuszczając głowę. – Hemmings pewnie wie, że to o niego poszło.
- Nie mogłam go okłamywać – odpowiedziałam szeptem. – Wiesz, co było jednak najgorsze – pociągnęłam, znów przenosząc na nią wzrok. – Że czuł się winny, rozumiesz? Moja matka wpędziła go w poczucie winy. Czuł się winny, że obie pokłóciliśmy się przez niego. Zaczął obarczać się winą, tylko dlatego, że nie słyszy.
- Mam nadzieję, że mu przeszło, bo inaczej jestem skłonna napuścić na niego Irwina – mruknęła Jen, kręcąc nosem.- Do tej pory nie mogę w to uwierzyć. Jak mogła… Jak mogła w ogóle się tak zachować. Dorosła, dojrzała kobieta w stosunku do kogoś tak miłego i sympatycznego, jak on.
- Gdybyś tylko widziała jej minę, jak wspomniałam o Michaelu i Zacku.
- Kompletny brak tolerancji. Ale… Mel… - Kiwnęłam jej głową. – Ty chyba nie rozstaniesz się z Lukiem, bo twojej matce to nie pasuje?
- Oczywiście, że nie.
- I całe szczęście. Mam nadzieję, że zmądrzeje.
- Ja też mam taką nadzieję.

***
          Zatrzymał się przy księgarni. Zerknął przez szybę do wnętrza sklepu. Przy ladzie stała roześmiana Mel, rozmawiając o czymś z dwójką klientów i Jonem. Po chwili cała czwórka wybuchła gromkim śmiechem, a Luke był pewny, że słychać ich było na pustym korytarzu. Dochodziła powoli godzina siódma, ale oni jakoś nie spieszyli się do zamknięcia i wyjścia do domu.
           Wysoki brunet w rogowych okularach, chwycił za siatkę, w dalszym ciągu coś mówiąc do blondynki. Ta nie odrywając wzroku od kolejnego pakunku, odpowiedziała mu, a potem znów wszyscy zaczęli się śmiać. Luke wielokrotnie wyobrażał sobie, jak brzmi jej głos. Jak brzmi, gdy z nim rozmawia, jak się śmieje czy jak zmienia się jej ton, gdy jest niezadowolona. Był pewny, że musi być ciepły i przyjemny dla ucha, bo taki rodzaj dźwięku pasował mu do dziewczyny.
           Tym razem to Jon zaczął żywo gestykulować, jednocześnie opowiadając jakąś historię. Luke nie mógł dowiedzieć się, co za temat poruszyli, bo chłopak stał do niego bokiem i nie widział ruchu jego warg. Zacisnął lekko zęby, żałując tego, że jest inny. Przeklinał w myślach ten parszywy wypadek, który odebrał mu właśnie ten zmysł. Gdyby było inaczej, mógłby funkcjonować naprawdę, jak normalny człowiek. Bez dodatkowych gadżetów, bez pomocy uczenia się dodatkowych technik porozumiewania. Mógłby słuchać muzyki. Pamiętał, że uwielbiał muzykę. Chciał nawet nauczyć się grać, na jakimś instrumencie. Mógłby wsłuchiwać się w nią razem z Mel. Wybrać się na koncert i wtórować wokaliście podczas piosenki. Mógłby rozmawiać z nią przez telefon, gdy była w pracy. Zadawać durne pytania, tylko po to, by ją usłyszeć. Ale jedna sytuacja, przekreśliła to wszystko.
            Stając tak sam, na cichym korytarzu, zaczął się zastanawiać, czy naprawdę postąpił słusznie. Czy faktycznie zrobił dobrze, wiążąc Mel przy sobie. Nie był, jak inni. Był na innym poziomie, niż pełnosprawni ludzie. Nie był teraz pewny, czy przypadkiem matka Mel nie miała racji. Kto, jak kto, ale ona zasługuje na szczęście. Może on wcale nie jest dobrą osobą na to, by jej to dać. Dać to wszystko w pełni. Czuł się pod tym względem, jak zepsuty odbiornik, który w jakiś sposób działa, choć niektóre jego funkcje mają awarię. A jeśli będzie ograniczał także i ją?
            Raz jeszcze spojrzał w stronę Mel, Jona i nieznanych mu chłopaków. Rozmawiali dalej. Bez barier, które miał on. Zagryzł lekko wargę, a następnie odwrócił się i wyszedł z budynku. Oparł się o barierkę, która znajdowała się niedaleko schodów. Spuścił głowę w dół, pocierając oczy kącikami palców. Myśli odnośnie tego, jak beznadziejny jest w stosunku do reszty tak mocno zagnieździła się w jego głowie, że nie był w stanie jej wyrzucić. Chociaż Mel wielokrotnie powtarzała mu, że jest inaczej, to jednak teraz zaczął w to wątpić. A jak mówiła to, tylko dlatego, by go pocieszyć?
            Spojrzał w bok. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że dwójka klientów opuściła księgarnię. Zeszli po schodach, mijając go. W dalszym ciągu o czymś rozmawiali, ale blondyn nie skupiał się na tym, by ich zrozumieć. W sumie miał to gdzieś. Uczucie żalu, które się w nim zatliło, powoli zyskiwało partnera w postaci poczucia winy. A wszystko przez tą felerną wczorajszą wizytę u rodziców Mel. Pokłóciła się z matką przez niego. Stanęła za nim, choć Luke nie był pewny, czy w ogóle powinna.
            Raptownie podskoczył, kiedy poczuł dłoń na przedramieniu. Spojrzał na dziewczynę, która zatrzymała się obok niego. Na jej twarzy pojawił się uśmiech, który on – mimo tych negatywnych myśli – odwzajemnił. Wystarczyło to, że była tak blisko, a Hemmings znów zaczął widzieć wszystko w nieco jaśniejszych barwach.
- Długo czekasz? – zapytała Mel, od razu splatając ich dłonie ze sobą.
- Nie. Przed chwilą przyszedłem. Po pracy?
- Jon powiedział, że zakończy dzień i zrobi wszystkie raporty – odpowiedziała, a on mocniej zacisnął palce na jej ciepłej skórze. – Kierunek dom?
- Pójdziemy na około?
- Chcesz się przejść? – Pokiwał głową. – W porządku. – Przyjrzała się mu uważniej. – Coś się stało?
- Nie – powiedział ze śmiechem.- Chcę trochę spokoju, zanim znów pojawimy się w centrum dowodzenia.
- Uwielbiam nasze centrum dowodzenia. Chodź często panuje tam totalny chaos. – Luke uśmiechnął się do niej, a następnie objął ją. Oboje skierowali się w stronę schodów.

           Było grubo po dwunastej, a w ich domu panowała cisza. Wszyscy praktycznie spali lub próbowali to zrobić. Od rana każdy znów musiał iść na zajęcia lub do pracy. Ich swobodniejsze dni już dawno minęły i teraz trzeba było ponownie wrócić do uczelnianych obowiązków, których praktycznie nikt z nich nie olewał.
           Zszedł na dół, a potem skierował się do kuchni. Zapalił światło i lekko drgnął, gdy spostrzegł przy blacie Caluma. Hood nie potrzebował jasności do normalnego funkcjonowania, więc często zdarzało się tak, że ktoś z nich właśnie doznawał w takich sytuacjach mini zawałów serca, gdy Mulat niespodziewanie wyrastał przed ich oczami. Najczęściej spotykało to właśnie Luke'a, który nie mógł wychwycić po dźwiękach tego, że ktoś buszuje w pomieszczeniu, do którego idzie.
- Kto mi się czai za plecami? – zapytał Calum, nalewając napoju do szklanki. Blondyn podszedł do niego, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, że Mulat się odezwał. – A… To ty – pociągnął chłopak sam do siebie, a na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Wyłapał jego kroki, które od razu rozpoznał. a następnie odwrócił się w stronę chłopaka.- Luke.
- Co?
- Luke, jestem twoim ojcem – rzuci Hood, a potem parsknął śmiechem. Dzisiaj właśnie oglądali Gwiezdne Wojny i Calum zdążył uraczyć go tą kwestią już chyba z dwadzieścia razy, jak i nie więcej. – Nie śmiejesz się. Co jest?
- Co?
- Nie słyszałeś? Luke, jestem twoim ojcem.
- Przyjąłem do wiadomości.
- Widzę – skwitował Cal, a potem znów parsknął śmiechem.
            Hemmings uśmiechnął się pod nosem. Hood właśnie to w sobie miał. Potrafił się śmiać z niego i z siebie, jakby nie było to nic wielkiego. Luke od jakiegoś czasu przyjął jego postawę. I z nią było mu naprawdę wygodnie. Jednak po wczorajszej wizycie w domu rodzinnym Mel, wrócił pod tym względem do punktu wyjścia.
- Widzę, rozumiesz? – pociągnął Mulat, próbując dalej go rozśmieszyć. – Widzę też, że wystaje ci spod piżamy koronkowa różowa bielizna. Kupiłeś na wyprzedaży? – rzucił, a następnie zabębnił palcami w blat, robiąc do tego werble i znów zaśmiał się, wskazując na niego. – Łapiesz?
- Widzę.
- A ja zorientowałem się, że ja jednak nie – odparł, opierając się o mebel. –Dobra, gadaj.
- Co? – Luke złapał za butelkę z wodą.
- Co jest? Słyszę to w twoim głosie.
- Nic się nie stało.
- Przestań się migać. Ja akurat wiem o tym felernym spotkaniu u Mel. Przez przypadek podsłuchałem, jak Jen rozmawia o tym z Ashtonem.
- Przypadek? – rzucił Luke, unosząc brwi do góry. Calum był ciekawski i nawet by się nie zdziwił, gdyby czaił się gdzieś za drzwiami, czekając, aż usłyszy wszystko, co chce wiedzieć.
- Serio, przypadek – skwitował, wzruszając ramionami. – Ale wiesz, co… Powinieneś to pieprzyć.
- Nie mogę od tak tego pieprzyc, Cal, to jej matka.
- Ale ty nie jesteś w związku z jej matką, tylko z nią. Ona cię akceptuje w pełni. Mel akceptowała cię od samego początku, więc przestań się zamartwiać, że pod wpływem matki zmieni zdanie.
- A ty… Nie czułbyś się źle, po czymś takim?
- Pewnie tak, tyle, że ja mam zawsze nieco inne podejście, niż ty. Kocham Grace i tylko to się dla mnie liczy. Reszta mnie nie interesuje. Jej rodzice mogliby mnie nawet nienawidzić. Fakt, nie było by to miłe, ale dla mnie nie było to, aż tak istotne, by się załamywać. Nie to nie, krzyżyk na drogę. Ty też skup się na Mel. Bądź dla niej, zanim ona zacznie się martwić o ciebie, że zmienisz zdanie. Zresztą mogę się założyć, że i tak czuje się winna za to, co się stało. – Klepnął go w ramię. – I ty dobrze wiesz, że mam rację. A teraz wybacz Luke, ale idę do pokoju.
- Spoko.
- Tylko jeszcze jedno.
- Tak?
- Luke?
- No, co?
- Luke, jestem twoim ojcem – rzucił i znów parsknął śmiechem. 
           Blondyn przekręcił oczami, ale sam zaśmiał się pod nosem. To wystarczyło, by Calum uśmiechnął się do niego z zadowoleniem, będąc pewnym, że przyjacielowi odrobinę się polepszyło. Nie mógł jednak wiedzieć tego, że jego słowa wcale nie pomogły mu w pełni pogodzić się z tą sprawą.

           Byli w samym sercu Sydney. Cała ich paczka szła chodnikiem. Luke na moment przystanął, odwracając się stronę witryny. Dał znać Mel, że wchodzi do środka. Wymigała, że na niego poczeka. Nie wiedział do końca, czemu wszedł do sklepu. Był pewny, że powinien coś tu kupić, ale kompletnie nie wiedział co. Zaraz obok niego pojawił się Ashton.
- Kupmy piwo do domu – powiedział, a Luke kiwnął głową, choć miał przeczucie, że wszedł tu nie po to. Że o czymś zapomina. O czymś ważnym.
           Nagle poczuł dziwny niepokój. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że wszyscy obecni ludzie w sklepie coś do siebie szepczą, jednocześnie wskazując go palcami. Nie odrywali od niego wzroku, jakby był okazem w zoo. Zrobił krok do przodu, a stojąca przy kasie dziewczyna odsunęła się od niego, ze zdegustowaną miną. Zupełnie nie rozumiał, dlaczego. Nie czekając dłużej, podszedł do półki, przy której zatrzymał się Irwin. Puknął go w ramię. Chłopak nie zareagował.
- Ash?
- Czego znowu chcesz, Luke? – mruknął, przekręcając oczami. Uniósł lekko brwi do góry, kiedy brązowe oczy jego przyjaciela spojrzały wprost na niego. Widział w nich niezadowolenie i irytację. Zbiło go to na tyle z tropu, że bał się odezwać ponownie. – Czego, no? Nie widzisz, że jestem zajęty? Nie potrafisz poradzić sobie ze swoimi problemami w pojedynkę? Odkąd ogłuchłeś non stop niańczymy cię, jak dzieciaka. Jesteś dorosły. Weź przykład z Caluma i do cholery radź sobie ze wszystkim sam.
           Zabolało. Gdzieś w środku mocno go zabolało. Odsunął się od niego, zagryzając wargę. Zaczął się trząść na całym ciele, zupełnie nie rozumiejąc tego, dlaczego Ashton to powiedział. Dlaczego wybuchł?
           Zdążył tylko o tym pomyśleć, gdy wszyscy ludzie ze sklepu rzucili się w stronę drzwi, niemalże taranując się w przejściu. Był oszołomiony tym, co się dzieje, zupełnie nie wiedząc, o co im chodzi. Szczególnie, że Ashton wyleciał na zewnątrz, jako jeden z pierwszych. Przez moment Hemmings stał sam, na środku pustego lokalu. Powoli ruszył w stronę wyjścia. Jak tylko znalazł się na zewnątrz, zobaczył to.
            Ashton klęczał przy Jen, ściskając ją w swoich ramionach. Dziewczyna płakała, mówiąc coś do niego. Michael przyciskał Zacka do ściany. Obaj ciężko dyszeli, a w ich oczach widać było przerażenie. Grace i Calum stali kawałek dalej, patrząc na niego ze strachem.
- Co… - zaczął, ale wtedy ją dostrzegł. Mel leżała w kałuży krwi, która ciągnęła się wzdłuż ulicy. Jej oczy były puste, pozbawione życia. Miała lekko rozchylone usta, a kończyny rozrzucone na boki. Leżała pod dziwnym kątem, jakby coś ją poturbowało.
- Tak mi przykro – powiedział cicho Calum. Luke poczuł płynące po policzkach słone łzy, których w ogóle nie próbował powstrzymać.
- To wszystko twoja wina – odparła Jen, wskazując go palcem. – Ashton usłyszał tego wariata, dlatego zdążył wybiec. Calum odciągnął Grace od ulicy, tak samo Michael uratował Zacka. Ale ty… Ciebie nie było, bo nie słyszałeś nic, a teraz Mel nie żyje! To twoja wina! Jej matka miała racje, co do ciebie! Pociągnąłeś ją w dół!

***
           Poczułam lekkie uderzenie i to właśnie ono mnie obudziło. W pokoju panowała ciemność, ale to nie przeszkadzało mi w tym, by zobaczyć zrywającego się do pozycji siedzącej blondyna. Słyszałam jego przyspieszony, nieco spazmatyczny oddech, gdy raz za razem próbował nabrać powietrza w płuca. Nie musiałam go dotykać, by wiedzieć, że drży na całym ciele.
- Luke – powiedziałam, choć wiedziałam, że mnie nie usłyszy. Jego imię padło z moich ust, automatycznie, kiedy usiadłam na łóżku. Natychmiast przysunęłam się bliżej niego, obejmując go ramieniem. Zatrząsł się jeszcze bardziej. Przejechałam palcami po jego skórze, dając mu znać, że jestem obok.
- Włącz światło – poprosił szeptem, a jego ton w ogóle mi się nie spodobał. Byłam pewna, że przyśniło mu się coś złego i to wrzuciło go w szpony strachu. – Proszę… Zapal światło – powtórzył, roztrzęsiony głosem.
           Nie czekając, ani chwili dłużej rzuciłam się w kierunku lampki. Zrobiłam to tak raptownie, że ściągnęłam z niego całą kołdrę, ciągnąc ją za sobą. Zabłysło, a ja zmrużyłam oczy, bo żarówka skutecznie mnie na moment oślepiła. Ignorując to, że ledwo widzę, wróciłam do chłopaka. Dopiero teraz mogłam zobaczyć jego bladą, spoconą, zaspaną twarz, na której widniał smutek.
- Miałeś koszmar? – zapytałam, kiedy zerknął na mnie. Pokiwał głową, biorąc kilka powolnych oddechów. Najwidoczniej teraz, gdy w końcu wokół nas zrobiło się jasno, a on mógł wszystko zobaczyć, zaczął się uspakajać. – Chcesz mi o nim opowiedzieć? – Tym razem pokręcił głową. - Nieraz sny są kijowe.
- Ten był całkowicie popieprzony – wyszeptał, kiedy okryłam go z powrotem kołdrą. Przybliżyłam się do niego, obejmując go ramionami. Oparłam brodę na jego ramieniu, tak by mógł łatwiej widzieć moją twarz.
- Zapomnij o nim – powiedziałam, przejeżdżając dłonią przez jego plecy. – To tylko sen. Spróbuj zasnąć na nowo.
- Daj mi chwilę.
- Posiedzieć z tobą?
- Nie musisz.
- To posiedzę – odpowiedziałam z uśmiechem.
            Przycisnęłam się do niego jeszcze bardziej. Po chwili oplótł moją talię ramionami. Zamieniliśmy się miejscami, bo teraz to on opierał się policzkiem o moje ramię. Położyłam głowę na jego głowie, czekając na to, aż Luke będzie gotowy na to, by znów wrócić do spania. I choć trwało to dość długo, to blondyn w końcu zasnął. Zasnął na siedząco, wtulony we mnie. Powoli położyłam się z nim na łóżku. Wyciągnęłam rękę, by po omacku dotrzeć do przełącznika. Udało mi się zgasić lampkę. Zamknęłam oczy, mając nadzieję na to, że tej nocy żadnemu z nas nie przyśni się już więcej żaden koszmar.


***
Kryzysu ciąg dalszy. Luke zaczyna się wycofywać i wracać do dawnego punktu. Jak myślicie, reszcie uda się to zatrzymać, by chłopak znów nie zamknął się w sobie?
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Zachęcam do dalszego głosowania w sondach. Jak na razie prowadzi w opowiadaniach Dwa Plus Jeden, a ulubioną bohaterką jest Rosalie. Głosy można oddawać do końca marca. Jestem nadal mocno ciekawa wyniku końcowego :) Dziękuję za oddane do tej pory głosy!

Przypominam również o Asku!

Dziękuję Wam za wszystkie komentarze! Cieszę się, że historia Wam się podoba. Wasze opinie i słowa są naprawdę mocną motywacją :) Dziękuję!

Kolejny w następny wtorek.

Pozdrawiam!

6 komentarzy:

  1. Genialny rozdział. Mam nadzieję, że Luke szybko wróci do tego stanu, w którym ma dystans do samego siebie. Czekam z niecierpliwością na następny rozdział ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobało :) Dzięki za komentarz!
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Jak zwykle świetny. Szkoda mi Luke'a, a matki Mel naprawdę nie polubiłam i sądzę, że nawet jak ich przeprosi za zachowanie to i tak będę miała do niej uraz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobał :) W cale nie będę Ci się dziwić, jak ten uraz po tym, jak się zachowała pozostanie.
      Dziękuję za komentarz :)
      Pozdrawiam

      Usuń