wtorek, 8 marca 2016

Rozdział 25

           Dźwięk budzika wyrwał mnie z przyjemnego snu. Wygrałam w nim na loterii kupę kasy, a potem fundnęłam wszystkim wycieczkę dookoła świata, którą odbyliśmy różowym samolotem w Żółwie Ninja. Zupełnie nie rozumiałam, co ma jedno do drugiego, ale ważne było to, że wszyscy moi przyjaciele byli szczęśliwi. A Luke i Calum w tym śnie byli pełnosprawni. Nic dziwnego, że po wyłączeniu budzika, padłam na poduszkę i jeszcze przez chwilę uśmiechałam się sama do siebie.
            Spojrzałam na chłopaka leżącego obok. Obejmował mnie w pasie ręką, wciskając policzek w kawałek kołdry, którą podciągnął sobie pod sam nos. Jego oddech był równy, a twarz spokojna. Ponownie się uśmiechnęłam.
            Wyciągnęłam rękę, przejeżdżając nią przez jego blond włosy, które teraz były w kompletnym nieładzie. Połaskotałam go palcami po policzku, a Luke zmarszczył nos, mrucząc coś cicho. Zupełnie go nie zrozumiałam, więc ponowiłam pieszczotę, aby w końcu się obudził. Zdecydowanie byłam łagodniejsza, niż ten jego pieprzony czarny budzik, którego dalej nienawidziłam.
- Mel… pięć minut – wymamrotał, nawet nie otwierając oczu. Uniosłam jedną brew do góry. Przejechałam palcem po jego policzku raz jeszcze. – Skarbie…
- Dobrze by było, gdybyś otworzył oczy łosiu, bo nie mam pojęcia, jak ci odpowiedzieć, że nie masz żadnych pięciu minut – odpowiedziałam sama sobie. Ponowiłam budzenie go w ten delikatny sposób.
- Mel… - Wcisnął twarz w kołdrę jeszcze bardziej. – No… Weź… - rzucił z niezadowoleniem, kiedy w końcu wyszarpnęłam mu pierzynę. Dopiero to poskutkowało tym, że błękitne tęczówki spojrzały wprost na mnie. – No?
- Podnoś swój seksowny tyłek z łóżka- zarządziłam, klepiąc go w pośladek. – Musimy się spakować, zjeść śniadanie i ruszyć na spotkanie z moimi rodzicami.
- Pięć minut?
- Serio, Luke? Mamy przed sobą cztery godziny jazdy.
- Dobra, dobra… Już wstaję.
- Bosko, zaklepuję łazienkę – rzuciłam, wstając z łóżka. – I jak przyjdę masz już być na nogach. – Przekręciłam oczami, patrząc na niego z niedowierzaniem. – Serio, Luke? 
           Hemmings znów leżał z zamkniętymi oczami, zupełnie ignorując moje wcześniejsze wywody i argumenty, czemu musimy się ruszyć. Miałam ochotę coś mu zrobić. W akcie desperacji, że mam tak krnąbrnego chłopaka, trzepnęłam go poduszką, a następnie wyszłam z pokoju, mając gdzieś to, że warczy pod nosem z niezadowoleniem.

           Celem naszej podróży było Griffith. Miasto o wiele mniejsze i spokojniejsze, niż ogromne Sydney. Miasto, w którym znajdował się mój rodzinny dom. Miasto, w którym się wychowałam, a potem zmieniłam je na większe. Mimo wszystko nadal lubiłam tam wracać by, choć na chwilę odciąć się od zgiełku wielkiego centrum i tego całego zamieszania, jakie zawsze panowało w Sydney.
           Jechaliśmy główną drogą. W samochodzie rozbrzmiewała moja ulubiona muzyka. Co jakiś czas wymieniałam z Lukiem kilka uwag i słów w momentach, kiedy chłopak mógł oderwać wzrok od ulicy. Byłam zdenerwowana przed wizytą, ale ten cały stres nie był, aż tak duży, jak wczoraj. Rodzice blondyna o wiele mocniej mnie paraliżowali, niż moi. Nawet się temu nie dziwiłam. W końcu jechałam do siebie, a nie do obcych. Chociaż muszę przyznać, że i po blondynie nie było widać zdenerwowania, czy obaw. Ale Luke od zawsze dobrze potrafił się maskować.
- Dojechaliśmy – powiedział, po ponad czterogodzinnej jeździe, od której zdrętwiał mi tyłek. I plecy. I nogi. – Gdzie teraz?
- Na drugim skrzyżowaniu w lewo – powiedziałam, kiedy na mnie spojrzał. – Potem cały czas prosto, aż miniemy duży szpital. Tam znów w lewo. Trafimy na osiedle. Wtedy do końca główną drogą.
           Skończyłam go instruować w momencie, kiedy w aucie rozniósł się dźwięk dzwonka. Sięgnęłam po telefon, który leżał w małej półeczce tuż pod radiem. Złapałam za niego i szybko przeczytałam wiadomość. Uśmiechnęłam się pod nosem, wczytując się w słowa rodzicielki, która nie mogła się doczekać naszego przyjazdu. Odpisałam jej, że niedługo będziemy, a następnie z uśmiechem spojrzałam na Hemmingsa.
- Co się stało?
- Nic. Cieszę się, że oboje tu jesteśmy – odpowiedziałam, gdy Luke znów przeniósł na mnie swoje błękitne tęczówki. – Nie byłam tu od… od dłuższego czasu. W sumie ostatni raz zaliczyłam spotkanie z rodzicami kilka dni przed tym, jak cię poznałam.
- To długo.
- Zdecydowanie za długo – poprawiłam go, a on zaśmiał się.
- Twój tata jest w porządku?
- Co to w ogóle za pytanie?
- Nie chcę, by nie wiem… Zamknął mnie w piwnicy, a potem długo torturował, tylko dlatego, że miałem czelność wejść w związek z jego córeczką.
- Lubisz kajdanki, Lukey?
- Co? – rzucił i parsknął śmiechem.
- Jakoś musi cię przetrzymać w tej piwnicy – odpowiedziałam, siląc się na spokój, choć marnie mi to wychodziło. – Za chwilę będziemy.
- To, to osiedle? – zapytał, kiedy zostawiliśmy za plecami centrum Griffith, by w jechać w ulicę z małymi białymi identycznymi domkami.
- Tak.
- Który to dom?
- Ten na samym końcu.
- Cholernie długa ta ulica.
- Całe osiedle mieści się praktycznie na jednej ulicy – poinformowałam go, a on lekko uniósł brwi do góry. – Mówiłam, że Griffith jest dużo mniejsze, niż Sydney.
Jedno-uliczne osiedle, nieźle – skomentował blondyn.
- O! To tutaj! – Wskazałam palcem.
            Mój rodzinny dom niczym nie różnił się od innych budynków, mieszczących się na tej ulicy. Był biały i dwupiętrowy, jak wszystkie inne. Jedyne, co go wyróżniało to, to że mama powsadzała kilka kolorowych krzaków wzdłuż ściany, a także parę mniejszych drzewek na trawie z przodu domu. Na podjeździe stał czarny samochód mojego taty. Luke zaparkował obok niego.
- Weźmiemy bagaż później – powiedziałam, mając na myśli naszą jedną wspólną walizkę.
- Teraz zaczynam się stresować – rzucił ze śmiechem blondyn. W tym samym momencie odpięliśmy pasy. Luke złapał za kluczyki i wyciągnął je ze stacyjki. – Teraz dopiero wiem, co czułaś wczoraj.
- Witaj w moim świecie – odparłam, przejeżdżając palcem po jego nosie. – Będzie dobrze. Jestem pewna, że moja mama szybko zacznie cię uwielbiać.
- Myślisz?
- Jestem o tym przekonana. Idziemy? – Pokiwał głową.
             Złapałam jeszcze za telefon, a potem jako pierwsza wysiadłam z samochodu. Luke poszedł w moje ślady. Poczekałam na niego, aż się ze mną zrówna. Oboje podeszliśmy do drzwi. Złapałam za klamkę i weszłam do środka, od razu oznajmiając rodzicom nasze przyjście, mówiąc głośno jesteśmy.
- Melissa! – Moja mama wyskoczyła z salonu, uśmiechając się szeroko. Objęła mnie mocno, a potem spojrzała na chłopaka stojącego obok. – Ty musisz być Luke.
- Miło mi panią poznać.
- Zrobiłam domową pizzę. Mam nadzieję, że lubisz pizzę – odparła mama, wlepiając w niego zielone oczy.
- To tak jakbyś zapytała, czy lubi oddychać – skwitowałam, wchodząc za nią do salonu. Mama zaśmiała się.
- Luke, wolisz sos pomidorowy czy czosnkowy? – ciągnęła rodzicielka, kierując się w stronę kuchni. Odwróciłam się do chłopaka.
- Mama pyta, jaki sos wolisz: pomidorowy czy czosnkowy?
- Mogą być oba.
- Mamo! Oba.
- Czy ja słyszałem moją córkę, która w końcu zjawiła się u swoich staruszków?
- Cześć, tato! – zawołałam, obejmując ojca, który wszedł do pokoju. Mężczyzna przeniósł swoje niebieskie oczy na blondyna. – To Luke.
- Miło mi pana poznać – rzucił klasyczną formułką Hemmings.
- Ciebie również. Siadajcie dzieciaki.
- Pomogę mam… - Ale nie dokończyłam, bo mama wparowała do salonu, niosąc pizzę. Zapach przypraw rozniósł się po pomieszczeniu, a ja poczułam, że jestem naprawdę głodna.
- Już mam wszystko gotowe. – Spojrzałam na stół. Faktycznie wszystko było przygotowane. – Muszę wrócić, tylko po sosy.
             Zerknęłam na Luke'a, który z ciekawością wpatrywał się w ustawione na komodzie rodzinne fotografie. Zauważyłam, jak delikatnie uśmiecha się pod nosem, wyłapując na nich znajome dwie twarze. W tym przypadku mnie i Jen. Hemmings poznawał świat oczami, dotykiem i smakiem, więc pozwoliłam mu na chwilowe rozeznanie po domu, aby poczuł się pewniej. Tata usiadł do stołu, zerkając na blondyna, który dalej wpatrywał się w zdjęcia. Oparłam się o krzesło, uśmiechając się do niego, a mężczyzna szybko odpowiedział tym samym.
- Wydaje się być miły – wyszeptał, a ja zaśmiałam się.
- Jest cudowny – powiedziałam zgodnie z prawdą.
- Dobra, jedzmy już – rzuciła mama, wracając do salonu. Ustawiła na stole sosy, a następnie zajęła miejsce obok ojca. – Luke. - Zero reakcji ze strony blondyna. – Luke. – Mama ponowiła próbę.
- Tak się nie da – skwitowałam i dopiero wtedy dotarło do mnie to, że moi rodzice wcale nie wiedzą o tym, że Hemmings nie słyszy. Byłam tak do tego przyzwyczajona, że nawet przez myśl mi nie przeszło, by im to powiedzieć. Jakby ta kwestia zupełnie dla mnie nie istniała. To było częścią Luke'a, do której przywykłam i z którą nauczyłam się funkcjonować, więc nawet przestałam zwracać na nią uwagę.
- Co z nim? – wyszeptała mama.
- Luke nie słyszy – powiedziałam powoli. Oczy mojej matki zrobiły się, niczym spodki. Tata lekko uniósł brwi do góry, zerkając to na mnie, to na niego. – Chyba… Zapomniałam wam o tym powiedzieć.
- Nie słyszy? – dopytała mama takim tonem, jakbym miała jej zaraz oznajmić, że żartuję.
- To nic takiego – skwitowałam, wzruszając ramionami.
- Ale Mel, to nie jest nic takiego.
- Jak to nie?- zapytałam zdezorientowana.
- Jak ty… 
           Ale nie dokończyła, bo tata przerwał jej machnięciem ręki. Zmarszczyłam lekko nos. Czyżby moja mama miała coś do osób odrobinę innych? Postanowiłam to zignorować, a najchętniej wyrzucić te dziwne obawy ze swojej głowy. Odwróciłam się i podeszłam do blondyna. Luke drgnął, gdy złapałam go za ramię. Od razu jego błękitne oczy spoczęły na mnie.
- Chodź jeść. 
            Kiwnął głową, a potem razem podeszliśmy do stołu. Nie podobał mi się wzrok matki, która nagle zmieniła się o całe trzysta sześćdziesiąt stopni. Lustrowała go uważnie wzrokiem, jakby Luke był co najmniej trędowaty. Błagam… Bez takich. Nie przy nim.
- Pachnie pysznie – skomentował Luke, kiedy zabrałam się za nakładanie jedzenia. Najwidoczniej nie zauważył napiętej atmosfery, którą powodowała moja matula. Podniósł głowę, napotykając przyjazne spojrzenie taty. Dzięki Bogu, on wyluzował.
- Słyszałem, że studiujesz Architekturę – zaczął ojciec, a chłopak znów kiwnął głową. – Ciekawy kierunek.
- Nawet nie zaprzeczę – pociągnął Luke. – Choć dość ciężki. Ale daję radę.
- Nasz przyjaciel wziął się za Inżynierię biomedyczną – pociągnęłam ze śmiechem.
- Ambitnie – odparł tata z uśmiechem.
- Gdyby pan go zobaczył, nigdy, by pan tak nie pomyślał – skwitował blondyn, na co cała nasza trójka parsknęła śmiechem. Zerknęłam kątem oka na mamę. W dalszym ciągu w milczeniu przyglądała się Hemmingsowi. Przełknęłam ciężko ślinę, odcinając się od tego. Może w końcu wyluzuje. Taką miałam nadzieję.

            Moja nadzieja jednak szybko prysła. Mama w dalszym ciągu trzymała Luke'a na dystans. A ja już byłam pewna, że Hemmings to zauważył i odczuł. Kiedy rozmawialiśmy, rodzicielka niewiele się odzywała, choć Luke nadal uprzejmie do niej podchodził i zagadywał przy najbliższej nadarzającej się ku temu okazji. W końcu jednak i on skapitulował, koncentrując się na moim tacie, który nie stworzył między nimi żadnych barier. Zgadali się do tego stopnia, że ojczulek ciekawy jego całego, wypytał go nawet to, w jaki sposób nas rozumie i był pełen podziwu jego doskonale rozwiniętej umiejętności czytania z ruchu warg. Nie omieszkał się zapytać, jak sobie radzi na uczelni i w normalnym życiu, a także przy prowadzeniu auta. Na szczęście Luke'owi wcale te pytania nie przeszkadzały i swobodnie na nie odpowiadał.
- Poznałaś język migowy? – rzucił z uśmiechem tata, a ja pokiwałam głową. Pod tym względem byłam z siebie naprawdę dumna, bo opanowałam go w dość szybkim czasie.
- Przydaje się teraz na zajęciach. Mam taki przedmiot – pociągnęłam, a tata zaśmiał się.
- Mel to dobry uczeń – pochwalił mnie Luke. – Co dziwne szybciej przyswajała trudniejsze znaki, niż te łatwiejsze.
- Taki mam mózg. Lubię komplikacje – skwitowałam, wstając z miejsca. – Chcecie jeszcze ciasta?
- W zamrażalniku są jeszcze lody – odpowiedział ojciec. – Luke? Wpałaszujemy czekoladowo śmietankowe szaleństwo?
- Jestem, jak najbardziej za – odpowiedział blondyn.
- O! Powiesz to w języku migowym? – zapytał tata, a Luke zaśmiał się. Odwrócił się do mnie i szybko wymigał zdanie.
- Nie ma sprawy – odpowiedziałam w ten sam sposób. Tata znów się uśmiechnął. – Idę po te lody.
           Weszłam do kremowego pomieszczenia, które było królestwem mojej rodzicielki. Podeszłam do srebrnej lodówki, by dobrać się do zamrażalnika, w którym ukryte były dwa duże pudełka z lodami. Wyciągnęłam jedno, odkładając je na blat. W tym momencie usłyszałam kroki. Odwróciłam się, by zerknąć na mamę, która przyglądała mi się z uwagą. Zacisnęłam lekko usta, widząc, że przyodziała na swoją twarz maskę, z której nijak nie potrafiłam odczytać jej zamiarów.
- Co się stało? – wydusiłam z siebie, otwierając jednocześnie szafkę, w której znajdowały się miseczki.
- Co się stało? – oparła z niedowierzaniem. 
           To wystarczyło, bym odwróciła się do niej ponownie. Maska zniknęła. Teraz na twarzy rodzicielki wymalowane było rozczarowanie pomieszczane ze złością. Zupełnie nie mogłam zrozumieć, o co jej chodzi. 
- Spotykasz się z kaleką.
- Co, proszę? – Momentalnie moje oczy zrobiły się wielkości spodków. Nie mogłam uwierzyć, że głównym problemem był Luke. A raczej to, jaki jest. – On nie jest kaleką – warknęłam, czując narastającą wściekłość. Zadrżały mi dłonie.
- Oczywiście, że jest. Przejrzyj w końcu na oczy Mel, ten związek nie ma szansy bytu!
- On, tylko nie słyszy! – krzyknęłam, zanim zdążyłam się powstrzymać. – To nie jest…
- I jak ty to sobie wyobrażasz? Będziesz go utrzymywać? Będziesz robić za opiekunkę w każdym aspekcie jego życia?
- Jakbyś nie zauważyła, to Luke jest samodzielny. Nie muszę go też utrzymywać, bo ma stałą pracę – wycedziłam przez zęby.
- W końcu się tym zmęczysz. Zobaczysz i wspomnisz moje słowa, bo ktoś taki, jak on nie jest dobrą osobą dla ciebie.
- Nie wiedziałam, że Luke jest inną kategorią człowieka – odpowiedziałam od razu, a mama zacisnęła mocno usta. – Świetnie, że moja własna matka nie akceptuje moich wyborów.
- Bo wchodzisz w kompletne bagno!
- Luke nie jest kompletnym bagnem! – rzuciłam, robiąc krok w jej stronę. Machnęłam na nią palcem. – Jest najlepszą osobą, jaką spotkałam!
- Nie podnoś na mnie głosu!
- To nie obrażaj kogoś, kogo kocham! Wcale go nie znasz, więc go nie osądzaj! Boże… Ty nawet nie próbowałaś go poznać, bo od razu uznałaś, że jest na zupełnie niższym poziomie, niż ty. Tylko dlatego, że nie słyszy. Jakby to było jego winą. Jakby ktoś taki nie zasługiwał na nic więcej.
- Zobaczysz, że później ta jego ułomność da ci się we znaki.
- To nie jest ułomność – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. – Byłam pewna, że osoba, która uczyła mnie tolerancji i akceptacji, nie będzie robiła mi takich scen. Zresztą nie sądziłam, że to jest taki wielki problem.
- Chcę dla ciebie, jak najlepiej.
- Więc, przestań się go czepiać! On ci nic nie zrobił, a ty określasz go w taki sposób!
- Nie określam! Mówię tylko, jak jest! Ten chłopak, może i jest miły, ale w końcu zobaczysz, że jego świat nie jest tak kolorowy. Kiedy postanowicie rozbudować swoją relację jeszcze bardziej, zrozumiesz, że wynikną z tego same problemy, bo on nie jest taki jak ty! Powinnaś związać się z osobą, która jest w pełni sprawna!
- W takim razie, jak Luke ci tak bardzo przeszkadza, to powinnaś od razu przestać ze mną rozmawiać, bo nasza paczka ma więcej ciekawych przypadków, których ograniczony umysł mojej matki może nie udźwignąć!
- Coś ty powiedziała?!
- Tak, mamo! Moim chłopakiem jest osoba niesłysząca, za to nasz przyjaciel jest niewidomy od urodzenia! I wiesz, co?! Jego dziewczyna jest taka, jak ja i też to jej nie przeszkadza. Ach… Zapomniałabym wspomnieć, że dwójka innych przyjaciół płci męskiej tworzą razem wspaniałą parę. Jesteśmy pokręconym zestawem! I tylko ty widzisz w tym problem! – wykrzyczałam, a twarz mojej mamy poczerwieniała jeszcze bardziej. Dodatkowo widziałam, jak się skrzywiła, gdy wspomniałam o Michaelu i Zacku. Popatrzyłam na nią po raz kolejny z niedowierzaniem. Przez chwilę milczała, a potem powiedziała coś, co przechyliło czarę goryczy.
- Tacy ludzie nie są dla ciebie.
- Tacy ludzie?! Tacy ludzie?! Skoro traktujesz ich jako ludzi tej gorszej kategorii, to ja nie chcę należeć do tej, w której znajdujesz się ty. Jestem z nimi – powiedziałam, a następnie szybko wyszłam z kuchni.
           Wpadając do salonu, spojrzałam na ojca. Po jego minie widziałam, że wszystko słyszał. Miałam tylko nadzieję, że Luke o niczym nie wie. Zresztą, nie oszukujmy się, pytania od blondyna i tak się pojawią. Nie chciałam jednak, by wiedział dokładnie, co mówiła moja matka. Złapałam go za rękę, a on zerknął na mnie zaskoczony.
- Co się stało?
- Wychodzimy.
- Co, ale… - Nie dokończył, bo pociągnęłam go w swoją stronę. Luke nie protestował. Doskonale widział, w jakim jestem stanie i nawet nie starał się stawiać.
- Mel, skarbie może…
- Nie, tato! – rzuciłam, odwracając się w jego stronę. – Przepraszam, ale nie zamierzam siedzieć tu dłużej. Nie po tym, co usłyszałam.
- Mel może – próbował Luke, ale ja zaciągnęłam go na korytarz. Pospiesznie założyłam buty. Blondyn zrobił to samo.
- Kochanie…
- Zadzwonię – powiedziałam do ojca, podchodząc szybko do niego. Cmoknęłam go w policzek. – Dziękuję za to, że przynajmniej ty… - Urwałam, czując, jak głos grzęźnie mi w gardle. – Do zobaczenia.
- Do zobaczenia – powiedział szeptem. 
            Widziałam, że jest smutny i zupełnie nie podoba mu się ta cała sytuacja, jaka miała miejsce pod tym dachem. Luke podał mu rękę, a ojciec uśmiechnął się do niego blado. Zauważyłam, jak mężczyźnie zadrżała dolna warga. Świetnie, niech matka jeszcze rozbije kompletnie naszą rodzinę.
            Wyszłam na zewnątrz. Luke był cały czas obok. Wsiadłam do samochodu, od razu zapinając pas. Chłopak zrobił to samo. Zanim jednak ruszył, spojrzał w moją stronę. Odczekał chwilę, pewnie licząc na to, że się odezwę. Ja jednak, jak najszybciej chciałam stąd odjechać.
- Możemy ruszać?
- Powiedz, co się stało.
- Najpierw niech ten dom zniknie mi z oczu.
             Usłyszałam jego ciężkie westchnięcie. Odwróciłam się od niego, czując napływające do oczu łzy.  Ze wszystkich sił starałam się nie rozkleić i to mi się udało. Nie chciałam płakać przy nim. Nie chciałam płakać przez nią. Ale to cholernie bolało. Poczułam niesamowity zawód i gorycz. Dlaczego Luke okazał się być, aż takim dla niej problemem, którego nie mogła przeskoczyć?

***
             Wiedział, że coś się dzieje. Jak tylko do kuchni wyszła jej matka. Zauważył, jak mężczyzna siedzący obok niego zaczął być nagle mocno zdenerwowany. Jak ukradkiem zerka w stronę wejścia, w którym najpierw zniknęła jego córka, a potem i żona. Luke jednak nie widział całej sceny, bo siedział odwrócony plecami. Nic też nie słyszał, a w tym momencie mocno tego żałował, bo przynajmniej wiedziałby, co dokładnie stało się w pomieszczeniu obok.
            W końcu zdenerwowanie ojca Mel przerodziło się w niedowierzanie, a potem czysty smutek. Jego córka wyłoniła się z kuchni i siłą wyprowadziła blondyna z domu, choć on w dalszym ciągu był zdezorientowany tym wszystkim, co się działo. A teraz od niemalże godziny Mel milczała, zbywając każdą próbę wszczęcia przez niego rozmowy. Postanowił dać jej jeszcze więcej czasu. Kiedy byli już w połowie drogi do Sydney, Luke zainterweniował po raz kolejny. Tym razem zatrzymując się na poboczu.
- Co jest? – wydusiła z siebie Mel. 
            Jej niebieskie oczy nadal były lekko zaszklone, a policzki czerwone. Był pewny, że mocno przeżywa to, co stało się pomiędzy nią, a jej matką. Chciał wiedzieć, co wprawiło ją w ten podły nastrój. Chciał dowiedzieć się, co sprawiło, że Mel nagle zapragnęła wrócić do Sydney. Hemmings nienawidził, kiedy płakała. Miał wtedy wrażenie, że rozpada się razem z nią. Jakby burzono ich stabilny grunt, który on za wszelką cenę chciał poskładać na nowo.
- Powiedz mi, co się stało – powiedział powoli, nie odrywając od niej błękitnych oczu, w których pojawiła się troska. – Nie wmówisz mi, że nic.
- Pokłóciłam się z mamą – odpowiedziała szeptem.
- O co dokładnie? – W tym momencie jej oczy skupiły się na jej dłoniach, a Luke przeczuwał, jaką odpowiedź może usłyszeć.
- O ciebie. – Zacisnął mocno zęby. Nie rozumiał, co takiego zrobił. Może powiedział lub zrobił coś nie tak. Gdzieś w środku poczuł nieprzyjemny uścisk i ukłucie bólu i żalu. Nie chciał być powodem kłótni matki i córki. – Ale to nie ważne…
- To ważne, Mel. To twoja matka. Powiedz mi wszystko – poprosił, łapiąc za jej dłonie, które teraz były chłodne. Zatrzęsły się pod wpływem jego dotyku.
- Nie ma, o czym – rzuciła, a po jej policzku spłynęła jedna osamotniona łza. Wziął głęboki oddech, ocierając ją kciukiem. Następnie ujął jej twarz w dłonie, by zmusić ją do kontaktu wzrokowego.
- Powiedz mi, proszę – wyszeptał. To wystarczyło, by dziewczyna rozpłakała się na dobre. – Mel? Skarbie?
- Przyczepiła się do tego, że nie słyszysz – wydusiła z siebie, wilgotnym głosem. – Uważa, że nie powinnam się z tobą spotykać. Że powinnam wybrać kogoś… W jej rozumowaniu, normalnego. – Ostatnie zdanie wypowiedziała, krzywiąc się. Luke zagryzł wargę. To bolało. Cholernie bolało. Nie sądził, że jadąc do Griffith dotknie go brak akceptacji. Było mu jednocześnie przykro, a z drugiej strony był wściekły za to, co dzieje się z Mel i za opinię, jaką miała jej matka. – Ale ona nic nie rozumie – pociągnęła Mel, wycierając pospiesznie policzki dłońmi.
- Skarbie?
- Nie będę jej bronić, Luke. Mam to gdzieś. Ona… Ona nie ma prawa mówić mi, z kim mam być, a z kim nie. Kocham cię i to się nie zmieni. To się nigdy nie zmieni. 
            Blondyn szybko odpiął pas. Wyswobodził się z niego, a potem zgarnął ją w ramiona. Wtuliła się w niego, mocniej zaciskając dłonie na jego koszulce. Pocałował ją w czubek głowy, czując, że sam jest gdzieś na granicy spadku. Jej matka miała go za gorszego. Nie akceptowała, ani go, ani ich związku. Ten z pozoru przyjemny dzień, stał się koszmarem, z którym teraz oboje będą musieli się zmierzyć.

***
            Siedziałam na sofie, tępo wpatrując się w telewizor. Choć od dłuższego czasu był włączony, to i tak nie wiedziałam, co dokładnie leci. Moje myśli dalej błądziły w kierunku mojej matki i tego wszystkiego, co stało się podczas tej koszmarnej wizyty w rodzinnym domu. Kiedy dojechaliśmy do Sydney, przestałam płakać. Teraz wpadałam w stan rozżalenia i złości. Wszystkie te odczucia kierowane były w stronę matuli, która pokazała mi swoją nową, całkiem nieznaną dla mnie twarz. Osoby nie tolerancyjnej i ograniczonej.
            Nie pojechaliśmy do centrum dowodzenia, które od dłuższego czasu było po części także i moim drugim domem. Zatrzymaliśmy się w starym mieszkaniu, które kiedyś dzieliłam z Jen. Nie chciałam wpaść w sidła pytań i rozmów, dlaczego wróciliśmy tak szybko, skoro uprzedzaliśmy, że zjawimy się dopiero jutro po południu. Dałam tylko znać przyjaciółce, że zajmujemy mieszkanie, nawet nie nakreślając jej dokładnie całej sytuacji. Wybłagałam, by dziś dała mi i Luke'owi spokój. Nie tylko ona, ale także i reszta naszej paczki. Oboje, bowiem potrzebowaliśmy odrobiny więcej czasu, by móc o tym rozmawiać. A przynajmniej ja go cholernie potrzebowałam. Na szczęście Jen uszanowała moją prośbę i od tamtej pory nikt się z nami nie kontaktował.
             Luke usiadł obok mnie na kanapie. Podał mi parujący kubek z herbatą. Na zewnątrz powoli zaczynało się ściemniać, a ja tak bardzo chciałam, by ten cały dzień okazał się tylko pieprzonym koszmarem. Idiotycznym snem, w którym moja mama przekroczyła granicę. Hemmings wielokrotnie próbował wyciągnąć ode mnie, co dokładnie powiedziała na jego temat, ale ja trzymałam język za zębami. Nie chciałam go dodatkowo dołować i ranić. Szczególnie, że niczym sobie na takie coś nie zasłużył.
            Drgnęłam, kiedy jego szerokie ramiona owinęły się wokół mnie. Słyszałam tuż przy uchu jego powolny oddech, kiedy wtuliłam się w niego bardziej. Nie zamieniłabym Luke'a na nikogo innego. Nawet jeśli oznaczałoby to, przekreślenie mnie po całości w oczach rodzicielki. Był wszystkim, czego potrzebowałam. Miał wszystko, czego chciwie pragnęłam od drugiej osoby. Dawał mi bezpieczeństwo, czułość, a przede wszystkim kochał mnie tak samo mocno, jak ja kochałam jego. Nie odpuszcza się takiej osoby, tylko dlatego, że komuś innemu to przeszkadza.
            Przez chwilę oboje milczeliśmy. Blondyn skupił swoje błękitne oczy na kolorowym ekranie. Czułam jednak, ze co jakiś czas zerka w moją stronę, jakby obawiał się, że mogę rozsypać się ponownie. Ja jednak zawzięłam się w sobie. Obiecałam sama przed sobą, że będę twarda. Że nie dam się negatywnym emocjom i uczuciom, które mocno bolały. Że przetrzymam ten kiepski czas. Nie tylko mój, ale także i jego.
- Mel – wyszeptał, wprost do mojego ucha. Upiłam łyk herbaty, a następnie spojrzałam na niego. – Na pewno nie chcesz o tym porozmawiać?
- Nie. Nie mam zamiaru do tego wracać.
- To twoja matka i…
- Jak jej się odmieni, to wie, jak się ze mną skontaktować. – Luke westchnął ciężko pod nosem. Wzięłam kolejny łyk herbaty, tym razem dużo większy. Skupiłam się na przyjemnym cieple, który pod jej wpływem, rozniósł się po całym moim ciele.
- Przepraszam.
- Co? – Raptownie odwróciłam się w jego stronę. Hemmings lekko zagryzł wargę. Przez chwilę rozglądał się po pokoju, by na końcu znów utkwić we mnie swoje oczy. – Za co ty mnie przepraszasz?
- Pokłóciłaś się z nią przeze mnie i…
- Proszę cię, Luke – odparłam, odstawiając szybko kubek na stół. Podciągnęłam się na kolana, by móc być dokładnie naprzeciwko niego. Ujęłam jego twarz w dłonie, przejeżdżając palcami po jego policzkach. Pod opuszkami poczułam niewielki zarost. – To nie jest twoja wina. Nigdy nie była i nie będzie, jasne? To, że mojej matce odbiło, nie jest twoją winą. Więc nie masz mnie, za co przepraszać.
              Luke złapał za moją rękę. Przymknął oczy, delikatnie przejeżdżając dłonią po mojej skórze. Przyciągnął je w stronę ust, by musnąć wargami moje palce. Wolną ręką przejechałam po jego jasnych włosach, uśmiechając się ze smutkiem. Nie mogłam pozwolić, by poczuł się winny. Nie mogłam pozwolić, by chociaż przez moment brał na siebie odpowiedzialność za to, co się stało. Przysunęłam się do niego jeszcze bardziej. Pocałowałam go krótko, by zaraz odsunąć się, aby mógł mnie widzieć.
- To nie jest twoja wina – powtórzyłam pewnym siebie głosem, choć on nie mógł tego usłyszeć.
- Kocham cię, Mel.
- Ja też cię kocham, Luke. Ciebie całego. Takiego, jakim jesteś.  


***
No i tak... Raczej nie było wesoło na rodzinnym spotkaniu numer dwa. Luke zupełnie nie zyskał sympatii matki Mel, choć z początku kobieta nie była przeciwko niemu. Myślicie, że w końcu jej się odmieni? 
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu.

Dwie szybkie informacje na koniec:

1. Dla zainteresowanych pozostawiam informację, że dziś na blogu z historią Dwa Plus Jeden pojawi się prolog drugiej części. Serdecznie na nią zapraszam! :)
2. Z boku w kolumnie znajdują się dwie sondy. Powstały z mojej ciekawości, bo ostatnio zaczęłam się zastanawiać, którą historię i jaką bohaterkę lubicie najbardziej. Oddanie głosów zajmuje dosłownie chwilę :) Jestem mega ciekawa wyniku końcowego. Sondy działają do końca marca. Z góry dziękuję za głosowanie!

Przypominam również o Asku - link w kolumnie :)

Kolejny rozdział w następny wtorek!

Pozdrawiam!

18 komentarzy:

  1. O Boże... poryczałam się jak małe dziecko któremu zabrano jego ulubioną zabawkę! Nawet nie wiem czemu. Może dlatego że niecierpię gdy osoby niepełnosprawne są uważane za gorsze... i to jeszcze własna matka która zawsze uczyła szacunku... a miała być taka miła sielanka... pomimo tego rozdział jest cudny ❤
    Pozdrawiam i czekam na next 😉
    Gabrysia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że mimo wszystko Ci się podobało :) Niestety można śmiało powiedzieć, że matka Mel zawiodła po całej linii.
      Dzięki za komentarz!
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Myślałam, że spotkanie numer dwa pójdzie tak samo dobrze jak spotkanie u Hemmingsów, a tu jednak klops... Przynajmniej tata Mel jest wyrozumiały. A jej matka nie ma nic do gadania!
    Do następnego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety spotkanie się pokomplikowało i nie wyszło :\
      Dzięki za komentarz!
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeśli matka Mel ma dłużej zachowywać się w ten sposób to moim zdaniem Mel podjęła świetną decyzje i nawet jeśli ma się to odbyć kosztem ich relacji to dobry wybór. Przecież nie jest winą Luke'a, że jest jaki jest, ale stara się normalnie funkcjonować i świetnie mu to wychodzi!
    Podczas czytania tego rozdziału przyszło mi coś na myśl o Naszym społeczeństwie: ( to nie jest reguła i ma szczerą nadzieję, ze jest takich przypadków coraz mniej, bo naprawnę są świetni ludzie, którzy w pozornej 'innosci'drugiej osoby nie widzą nic strasznego) ludzie, ktorzy mówią, że są tolerancyjni, ale kiedy przychodzi co do czego to nie jest za fajnie i jak np. matka Mel uczą o tym dzieci, kiedy to mówię nie chcę nikogo urazić(!), takie tylko spostrzezenie...
    Wracając do rozdziału to bardzo się cieszę, ze ojciec Mel jest taki suuuper i żywię cichą nadzieję, że pogada z żoną i może choć odrobinę przemówi jej do rozsądku :-)
    Rozdział oczywiście świetny, choć
    do najweselszych nie należy, ale to i tak nie umniejsza jego zajefajności:-) Czekam na następny!
    Pozdrawiam i życzę weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie masz sporo racji, co do tolerancji, jaka u Nas panuje. Jak przychodzi, co do czego, to widać, kto na prawdę jest tolerancyjny, a kto tylko gada, by się przypodobać - bo tolerancja jest teraz taaaka trendy :\
      Cieszę się, że rozdział Ci się podobał :) Dzięki bardzo za komentarz i wyrażenie swojej opinii.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Mam piętnaście lat i tracę słuch. Bloga podesłała mi koleżanka, która jest fanką 5sos. I ja naprawdę zdaję sobie sprawę, że to opowiadanie jest tylko efektem Twojej wyobraźni, ale daje do myślenia. Sprawia, że staram się nie patrzeć na to 'kalectwo' w ten sposób. Jest ciężko, nie ukrywam. Rozumiem te sytuacje, których doświadcza Luke w opowiadaniu. Co prawda ja nie straciłam słuchu do końca, ale i tak wiem co to znaczy...
    Uważam, że nietolerancja jest chorobą społeczeństwa. Matka Mel do takich ludzi należy, niestety. Powiem wam szczerze, że bywały takie momenty, że inaczej popatrzyłam na osoby na wózkach, niewidomych, oczywiście zanim z moim słuchem zaczęły się dziać niedobre rzeczy. Był to mój okropny błąd, wstydzę się za to.
    Akceptujmy się ludzie, nawzajem. Nie zawsze to jest łatwe. Jak na razie jestem na etapie próby akceptacji samej siebie. Nikt nie mówił, że będzie łatwo. No cóż...
    W żadnym wypadku nie chcę się nad sobą użalać. Chcę po prostu powiedzieć, że taki zwykły krzywy wzrok na osobę, która nie jest taka jaka my jest bardzo niezdrowy. Starajmy się coś takiego ograniczać.
    Zakochałam się w Twoich opowiadaniach. Pokochać ciszę jest mi tak nawet trochę bliskie.
    Pozdrawiam
    Zuzia♡

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za tak cudowne słowa. Naprawdę się cieszę, że historia Ci się podoba - a także inne opowiadania, które piszę :)
      Historia Pokochać ciszę miała być połączona z innym opowiadaniem, ale na czas z tego zrezygnowałam. Nie pasowało by to do siebie. Zaś inspiracją do postaci Luke'a był mój kuzyn. Jest on osobą niesłyszącą, cholernie pozytywną i zdystansowaną do siebie. Jest już na tym etapie, że już w ogóle się nie przejmuje i potrafi się śmiać sam z siebie. Dużo jego cech i tego sposobu bycia przeniosłam na Caluma. Luke jeszcze nie do końca doszedł do tego momentu - jest jakby pomiędzy akceptacją samego siebie, a żalem do losu, przez to, co mu się stało. To też było zaczerpnięte od mojego kuzyna, który bez problemu opowiadał mi o tym, jak się czuł, jak daje i dawał sobie radę, czy co robi by sobie ułatwić życie - a raczej robił, bo teraz nosi implant.
      Masz rację, co do nietolerancji. Jest wszechobecna. Np. mój kolega z pracy jest strasznym homofobem i najchętniej spalił by wszystkich homoseksualistów na stosie, co jest dla mnie zupełnie niepojęte. O nietolerancji najczęściej mówi się w ramach orientacji seksualnej, ale dotyka to także osób niepełnosprawnych, jakby to był jakiś temat tabu, którego nikt nie porusza, a problem istnieje. Nie masz się jednak czego wstydzić. Jesteś osobą młodą, uczysz się na swoich błędach. Cieszę się jednak, że zmieniłaś sposób patrzenia na osoby niepełnosprawne. Przykro mi jednak, że musiało to dojść w takich, a nie innych okolicznościach. Ale nie załamuj się :) Zacznij od akceptacji samej siebie. Twoi bliscy - czy to rodzina czy przyjaciele (nie ważne kto) na pewno Ci pomogą. Powoli zdobywaj kolejne etapy, aż w końcu nauczysz się z tym żyć :) Na pewno Ci się to uda, bo nie jesteś sama :) Z pewnością nie będzie łatwo, pewnie nie raz będziesz rozgoryczona, wykurzona i wręcz wściekła na siebie i innych, ale liczę na to, że to w miarę szybko minie. Mnie życie nauczyło, by zawsze próbować się podnosić - obojętnie, co by się nie działo :) W końcu dobrniesz do tego, że zaakceptujesz siebie i wtedy będzie o wiele lżej :) Nigdy też nie myśl o sobie w kategoriach kaleki - nigdy nie lubiłam tego określenia, zawsze kojarzyło mi się z czymś mocno negatywnym i wręcz obraźliwym - ty po porostu słyszysz gorzej od osób pełnosprawnych i tyle, pod wszystkimi innymi względami jesteś taka sama, jak pozostali. Wierzyłam w mojego kuzyna i wierzę też w Ciebie. Życzę dużo siły, którą w końcu w sobie znajdziesz (lub już znalazłaś) :)
      Raz jeszcze dziękuję za tak fantastyczny komentarz i opinię.
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Dziękuję za tak pozytywne słowa. Masz rację, nie jestem sama... właśnie tacy ludzie jak Twój kuzyn, Cal akurat w tym opowiadaniu są najpiękniejsi. Ludzie z dystansem, czy w pełni zdrowi czy nie. Zawsze uśmiechnięci. Może kiedyś też taka będę potrafił być :)
      Jeszcze raz dziękuję za tak budujące słowa. Aż mi się łezka zakręciła w oku :D

      Usuń
    3. Dziękuję za tak pozytywne słowa. Masz rację, nie jestem sama... właśnie tacy ludzie jak Twój kuzyn, Cal akurat w tym opowiadaniu są najpiękniejsi. Ludzie z dystansem, czy w pełni zdrowi czy nie. Zawsze uśmiechnięci. Może kiedyś też taka będę potrafił być :)
      Jeszcze raz dziękuję za tak budujące słowa. Aż mi się łezka zakręciła w oku :D

      Usuń
    4. Z pewnością będziesz :) To tylko kwestia czasu i wiary w samą siebie :)

      Usuń
  6. WSPANIAŁY! Matka Mel mnie tak wnerwiła, że aż cała dygoczę. Ja nie toleruję ludzi nietolerancyjnych i tylko ich. Nie wyobrażam sobie, żebym ja zareagowała tak, jak matka Melissy. Kompletnie nie rozumiem takich ludzi. Czekam z niecierpliwością na następny, pozdrawiam ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki bardzo, cieszę się, że Ci się podobał. Wcale się nie dziwię. Kobieta szybko zrobiła obrót o 360 stopni. Też ich nie rozumiem.
      Dzięki za komentarz!
      pozdrawiam

      Usuń
  7. Nie wierzę, po prostu nie wierzę, że matka Mel okazała się być tak ograniczona i w ogóle... NO CHOLERA CO JEJ ODBIŁO? A myślałam, że będzie naprawdę spoko babką. Mam tylko nadzieję, że Mel i Luke nie rozstaną się z jej powodu. I że blondyn nie będzie czuł się winny tego, co się stało. W końcu to nie jest jego wina. Zupełnie nie rozumiem podejścia jej matki - ani ludzi jej pokroju. TOLERANCJA SIĘ KŁANIA!
    Z niecierpliwością czekam na nn
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie się Tobie nie dziwię. Fakt, matka Mel przesadziła i rozczarowała nie tylko swoją córkę, ale też i męża. Dokładnie - kłania jej się tolerancja.
      Dzięki za komentarz
      Pozdrawiam :)

      Usuń