wtorek, 1 marca 2016

Rozdział 24

           Od samego rana byłam podenerwowana, a to wszystko za sprawą obiadu, który miał się odbyć u państwa Hemmings. Zastanawiałam się, jak będzie on wyglądał, czy jego rodzice mnie polubią i czy nie narobię sobie niepotrzebnego obciachu. Zazwyczaj w takich sytuacjach zawsze szło coś nie tak. Miałam, więc nadzieję na to, że tym razem los będzie dla mnie łaskawy. Nie chciałam być przekreślona przez rodziców blondyna.
           Luke pojechał z Ashtonem do sklepu. Irwin uznał, że to najwyższy czas, aby odświeżyć drewnochronem ich ogrodowe meble. Jako, że nikomu innemu nie chciało się ruszać tyłka w wolną sobotę, Hemmings zlitował się nad nim i zgodził mu się towarzyszyć, przy jakże ciężkiej misji kupna i wyboru odpowiedniej puszki. My nadal błąkaliśmy się po domu w piżamach, ciesząc się tym, że nie zostaliśmy zmuszeni do tej wycieczki siłą. Nie ubraliśmy się nawet wtedy, gdy w centrum dowodzenia pojawiła się uśmiechnięta Grace, która wyglądała na najbardziej obudzoną z nas wszystkich.
            Wykorzystałam tą chwilę spokoju, zaglądając do szafy. Miałam tu już naprawdę sporo ubrań, z których mogłam wybierać. Niestety nie wiedziałam na co konkretnie postawić. Nic, czym dysponowałam nie było wystarczająco dobre na obiad u rodziców Luke'a. Byłam pewna, że jeszcze trochę, a wyrzucę wszystkie ubrania na podłogę, a potem rozpłaczę się, jak zupełna kretynka, która nie może się zdecydować.
- Może zmień kanał? – Usłyszałam rozbawiony głos Jen. Odwróciłam się od szafy, by zerknąć na rozczochraną przyjaciółkę, która wychylała się zza drzwi.
- Bardzo śmieszne – mruknęłam, drapiąc się po policzku. Jennifer zaśmiała się pod nosem, a następnie weszła do pokoju. Stanęła obok mnie, również wlepiając oczy w dużą szafę blondyna.
- Postaw na klasykę.
- Co?
- Załóż czarne dżinsy i to – pociągnęła, wyciągając biało czarną koszulę z krótkim rękawem. Rękawy te miały mankiety i ozdobne delikatne czarne guziki, takie same, jak na zapięciach w całej długości. – Nie z przesadą, ale z klasą.
- Myślisz?
- Oczywiście – odpowiedziała, odkładając koszulę na bok. – I nie przejmuj się. Będzie dobrze.
- Ty nie denerwowałaś się, jak Irwin zaprosił cię do siebie?
- Wątpisz w to?
- W sumie nie. Wyglądałaś, jakbyś miała zwymiotować i paść na podłogę – podsumowałam, a ona zaśmiała się po raz kolejny.
- Na szczęście w porę mi przeszło. Jego rodzina jest naprawdę w porządku. Luka pewnie tak samo. Więc… Głowa do góry, będzie dobrze.
- A jak się wygłupię? Nie chcę zrobić mu wstydu.
- Nie panikuj. Jesteś dorosłą, fajną dziewczyną, będzie dobrze – pociągnęła, a następnie zamknęła mi szafę przed nosem. – Dość gapienia się w półki. Masz jeszcze dużo czasu do wyjścia. Obejrzyjmy, jakiś film.
- Powiedziałyście film? – Zack wszedł do pokoju, podciągając cienkie czarne spodnie od piżamy.
- Dokładnie – rzuciła Jen.
- Za pięć minut będzie leciało Na pewno, być może.
- Pierdolisz! Uwielbiam ten film – odparła Jen, raptownie odwracając się w moją stronę. – Chodź! Musimy go obejrzeć!
- Widziałaś go już z milion razy – powiedziałam, kiedy Jen wyciągnęła mnie na korytarz.
- Widziałaś, jak tam fantastycznie prezentuje się Ryan Reynolds?
- O, tu się z nią zgodzę – dodał Zack, który szedł obok nas.
            Zeszliśmy po schodach, wpadając do salonu. Na kanapie siedział Michael. Grace i Calum gdzieś zniknęli. Jen szybko rozejrzała się po pomieszczeniu, a potem uśmiechnęła szeroko, gdy jej ciemne oczy namierzyły pilota. Zack w międzyczasie skoczył do kuchni po przekąski. Padłam na kanapę obok Clifforda, który tak, jak my wszyscy nadal był w piżamie. Tym razem miał na sobie urocze wdzianko z Garfieldem.
- Ej, ja to do cholery oglądałem! – krzyknął poirytowany, gdy Jen zaczęła pospiesznie skakać po kanałach. – Przełącz z powrotem na Żółwie Ninja!
- Nie ma mowy słodziaku, zaraz będzie Na pewno, być może – pociągnęła Jen.
- Nie gadaj, że wy też lubicie to romansidło – wysyczał, a potem przekręcił oczami, gdy obie uśmiechnęłyśmy się do niego szeroko. – Wiecie, że u góry też każdy z nas ma telewizor i…
- Nas jest tu więcej, zostałeś przegłosowany – oznajmił Zack, wracając do pokoju. – Jen, to będzie na czwórce.
- Dzięki.
- Nie, przestańcie – wymamrotał Michal. – Oddawać pilota!
- Nie ma mowy – rzuciła Jen, odwracając się od niego, w momencie, kiedy ręce chłopaka poszybowały w jej stronę, aby wyrwać pilot. – Sam idź na górę dokończyć swoją bajkę.
- To film animowany! Zresztą pierwszy zaklepałem sobie salon!
- Jaki bojowy – skomentowałam, kiedy Michael ponowił próbę przejęcia pilota. Jen w tym momencie zagapiła się na początek filmu i Clifford wrzasną z radochą, gdy czarny przedmiot znów znalazł się w jego dłoni. Przełączył na Wojownicze Żółwie Ninja.
- Michael! – krzyknęła cała nasza trójka.
            Zielone oczy Michaela powiększyły się, gdy wszyscy – łącznie z jego chłopakiem – rzuciliśmy się w jego kierunku, aby odebrać mu pilota. Czerwonowłosy pisnął pod nosem, kiedy powaliłam go na sofę. Zack niewiele myśląc, unieruchomił mu nogi, siadając na jego udach. Jen poderwała się, a potem zręcznym ruchem przejęła pilota.
- Nie! Zostaw! Puszczać! – warczał Michael, a my wybuchliśmy gromkim śmiechem, mając z tej sytuacji naprawdę wielką radochę. 
            Zdążył przekręcić się na brzuch i odrobinę nas zepchnąć ze stanowisk. Jego ręka znów poszybowała w kierunku Jen. W tym momencie zaatakowaliśmy ponownie. Zack pomógł mi się wdrapać na Clifforda, który zaczął kręcić się jeszcze bardziej. Jednak, co on jeden mógł, gdy nas była trójka? Skutecznie wcisnęliśmy go w sofę, unieruchamiając go.
- Wygraliśmy! – zawołał Zack, przybijając mi i Jen piątki.
- Nienawidzę was – wymamrotał Michael, wciskając twarz w poduszkę.
- Kochasz nas, kotku – powiedział ze śmiechem jego chłopak.
- Zdecydowanie nas kochasz, Mikey – pociągnęłam, mierzwiąc mu włosy na głowie, które i tak były w jednym wielkim nieładzie.
- Co wy robicie?
            Na dźwięk głosu Ashtona cała nasza czwórka spojrzała w stronę drzwi wejściowych. Do domu wróciła reszta załogi. Zauważyłam w rękach Irwina dużą puszkę drewnochronu. Jego ciemne oczy przechodziły z jednej osoby na drugą. Obok niego stał Luke, z uniesionymi do góry brwiami. Zauważyłam, jak drgają mu policzki. Blondyn starał się nie roześmiać na widok scenki, jaka miała miejsce w salonie.
- Napastują mnie! – krzyknął Michael, wyciągając do chłopaków dłoń, aby mu pomogli. - Błagam! Ratujcie mnie!
- O co wam poszło? – zapytał dyplomatycznie Luke, powoli ściągając buty.
- O Na pewno, być może – odpowiedziała Jen, a blondyn zerknął na nią, jak na wariatkę.
- O co?
- Stary… To ta komedia romantyczna z Reynoldsem- odezwał się Ashton. Luke skrzywił się. – A ty Mikey, co chciałeś oglądać?
- Lecą Wojownicze Żółwie Ninja!
- Nie pierdol – rzucił szybko Ashton. – Teraz?
- Niedawno się zaczęło i… Kurwa… Duszę się!
- To zmienia postać rzeczy.
- Tak? – zapytałam.
- Tak – odpowiedział Irwin. – Też chcę oglądać Żółwie Ninja!
- I tak was jest mniej – pociągnął Zack.
- Luke? – zapytał Ash.
- Żółwie Ninja – powiedział, wzruszając ramionami i posyłając mi przepraszający uśmiech.
- Ha! Wyjazd! – rzucił ucieszony Clifford, a potem jednym zręcznym ruchem, zwalił mnie i Zacka na ziemię. – Żółwie wygrały!
- Chodźcie, niech się udławią tymi Żółwiami – mruknęła Jen, zabierając nasze przekąski.
- Zostaw nam coś – jęknął Luke, kiedy przyjaciółka zgarnęła wszystko, co przyniósł wcześniej Zack.
- Nie ma mowy – odparła obrażonym tonem, a potem jako pierwsza ruszyła w stronę schodów.
- Ej – mruknął Hemmings, gdy na odchodnym pstryknęłam go w nos. Następnie razem z chłopakiem Michaela, poszłam na górę, by tam w spokoju obejrzeć film.

           Nie mogłam dzisiaj przesiedzieć całego dnia w piżamie, jak to w planach mieli inni. Musiałam w końcu zacząć się szykować na obiad. W domu rodzinnym Luke'a mieliśmy być na czwartą. Im było bliżej tej godziny, tym większy stres odczuwałam. Dość mocno musiałam się skoncentrować, by nie wydłubać sobie oka tuszem do rzęs, bo dłonie niebezpiecznie zaczęły mi się trząść, a ja nie potrafiłam tego w żaden sposób skontrolować. W myślach przerabiałam miliony różnych scenariuszy, które mogły się wydarzyć. Jedne były dobre, inne nie. I to przeważnie na tych gorszych wersjach skupiał się mój mózg.
- Gotowa? – zapytał Luke, wchodząc do pokoju. Oderwałam wzrok od małego lusterka, by móc na niego spojrzeć. – Mel?
- Gotowa – odparłam, siląc się na spokój w moim głosie, chociaż nie było to konieczne. Blondyn zaśmiał się. Zamknął za sobą drzwi. Poszedł do mnie i usiadł obok. Objął mnie ramieniem, a potem lekko musnął ustami moje wargi.
- Niepotrzebnie się denerwujesz – powiedział z uśmiechem. – Obiecuję, że moi rodzice cię tam nie zamordują.
- A ty się nie denerwujesz?
- Trochę. – Uniosłam jedną brew do góry. – Może trochę więcej, niż samo trochę. Obawiam się tego, że moja mama może mi na robić obciachu, wyjmując album ze zdjęciami z dzieciństwa lub sprzeda ci te wszystkie kompromitujące historyjki. – Przyjrzałam się mu dokładniej, by po chwili parsknąć śmiechem. – Mówię serio! Moja mama jest do czegoś takiego zdolna!
- Chcę zobaczyć twoje zdjęcia z dzieciństwa.
- Nie, błagam, kochanie – wymamrotał, śmiejąc się nerwowo. – Nawet nie próbuj jej podpuścić do tego, by ci to pokazała.
- Nic nie obiecuję.
- Mel, no – zajęczał, a potem schował twarz w zagłębieniu mojej szyi. Oplotłam go rękami, walcząc z kolejną porcją śmiechu, która chciała wydostać się z mojego gardła. Luke podniósł głowę, cmokając mnie w nos. – Idziemy?
- Zróbmy to wreszcie, bo zaraz stchórzę i w ogóle nie wyjdę z pokoju – powiedziałam, kiedy chłopak poderwał się na równe nogi. 
             Wyciągnął w moją stronę rękę. Złapałam za nią. W drodze do drzwi porwałam jeszcze z biurka przyszykowaną wcześniej torebkę. Naszym celem było teraz auto blondyna.

             Czarny samochód zatrzymał się na podjeździe, tuż obok srebrnego Audi. Nachyliłam się lekko, by spojrzeć na rodzinny dom Luke'a. Budynek obłożony był jasno brązową cegłą. Nie należał do zbyt ogromnych, ale nie był też i mały. Średniej wielkości domostwo, które na spokojnie pomieści pięcioosobową rodzinę. Zauważyłam, jak w oknie poruszyła się firanka. Przełknęłam cicho ślinę, czując, jak moje serce przyspiesza. Teraz dopiero ogarnęło mnie zdenerwowanie. Dwa razy mocniejsze, niż wcześniej.
             Oderwałam niebieskie oczy od domu, gdy poczułam męską, przyjemnie ciepłą dłoń na swojej. Luke szybko splótł nasze palce ze sobą. Uśmiechnął się, dodając mi tym odrobiny pewności siebie, która w tym momencie gdzieś uleciała. Starałam się odpowiedzieć tym samym, ale mięśnie twarzy zupełnie odmówiły mi posłuszeństwa i zamiast uśmiechu posłałam w jego stronę lekki grymas.
- Będzie okej- rzucił, drugą ręką zaczesując mi blond kosmyk za ucho.
- A jak mnie nie polubią? – jęknęłam, niczym dziecko.
- O to samo pytałaś, gdy miałaś poznać chłopaków. Też się denerwowałaś, a źle nie było, prawda?
- Prawda.
- Więc teraz też nie będzie. Chodźmy, bo moja mama nie wyrobi z podekscytowania- pociągnął ze śmiechem. – Kilka razy wyłapałem, jak zerka na nas przez okno.
- Ona nas widzi?! – rzuciłam, odpychając go od siebie.
- Jestem dorosły, więc mogę migdalić się ze swoją dziewczyną w samochodzie.
- Luke – mruknęłam, co go dodatkowo rozbawiło.
- Rusz się skarbie, bo inaczej zataszczę cię do środka siłą- powiedział, całując mnie szybko w usta. Uśmiechnęłam się. – Tak lepiej. Kocham twój uśmiech. A teraz wysiadka.
             Posłusznie odpięłam pas, a następnie wyszłam z auta, zamykając za sobą drzwi. Mój wzrok znów spoczął na budynku, który miałam przed sobą. Wzięłam głęboki wdech, czekając, aż Luke do mnie podejdzie. W końcu Hemmings znalazł się obok. Złapał za moją rękę i poprowadził w stronę wejścia. 
            Wyciągnął dłoń w stronę klamki, ale drzwi nagle otworzyły się. Podskoczyłam w miejscu, bo stało się to tak szybko i niespodziewanie, że najnormalniej w świecie się wystraszyłam. Na progu stała niska blondynka. Jej niebieskie oczy od razu zatrzymały się na mojej osobie. Uśmiechnęła się szeroko.
- Jesteście! – powiedziała z nieukrywanym entuzjazmem. – Wchodźcie, wchodźcie. Czekaliśmy na was. – Weszłam do kremowego holu. – Ty musisz być Melissa. Jestem Liz, mama Luke'a. – Już otwierałam usta, by jej odpowiedzieć, ale kobieta zgarnęła mnie w swoje ramiona, witając ciepłym uściskiem. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Nie spóźniliśmy się? – zapytał Luke, prowadząc mnie do salonu.
- Nie.
             Weszłam do przestronnego pomieszczenia, w którym unosił się przyjemny zapach przypraw i pieczeni. Ukradkiem rozejrzałam się po kolejnym jasnym wnętrzu. W rogu znajdował się wygaszony kominek, a niedaleko niego długi regał z książkami. Czarna sofa z fotelami, okupowana była przez trójkę mężczyzn. Gdy tylko usłyszeli kroki, odwrócili się w naszą stronę. Po chwili wstali ze swoich miejsc.
- Melissa, to mój mąż Andy – przedstawiła mi najstarszego mężczyznę. – A to Jack i Ben, moi najstarsi synowie.
- Milo cię poznać – odparł Jack, który był najbardziej podobny do Luke'a.
- Was również. – Zdążyłam to powiedzieć, a z kuchni wyłoniła się drobna brunetka. Postawiła kolejną sałatkę na stole. Podniosła na nas wzrok i uśmiechnęła się.
- To Celeste, dziewczyna Jacka – poinformował mnie Luke.
- Cześć.
- Cześć, Melissa – przedstawiłam się.
- Skoro wszyscy się już znamy, możemy iść jeść? Jestem głodny- zajęczał Ben, ruszając w stronę stołu.
- Tak, siadajcie, bo zaraz wszystko ostygnie – oznajmiła Liz, machając na nas rękami.

             Zupełnie nie rozumiałam, jak mogłam stresować się wizytą w domu Luke'a. Jego rodzice i bracia okazali się być naprawdę mili i sympatyczni. Celeste również. Dziewczyna Jacka była normalną panną, z którą szybko znalazłam wspólny język. Zauważyłam też, że w tym domu rozmawiano w określony sposób. Mianowicie każdy mówił po kolei, nie przerywając nikomu. Głównie chodziło o to, by Luke nie miał problemów z odczytywaniem wszystkiego z ruchu ich warg. Automatycznie siadali też w taki sposób, by blondyn mógł dokładnie ich widzieć. Z pewnością robili to już z przyzwyczajenia. Nawet Celeste.
             Zostałam z Liz i Celeste w kuchni, kiedy przyniosłam ostatnią stertę brudnych naczyń, choć pani Hemmings od razu oznajmiła mi, że mam się nie wygłupiać, bo jestem ich gościem. Szybko jednak zaprotestowałam i zaoferowałam swoją pomoc. W końcu korona mi z głowy nie spadnie, a było nas przecież całkiem sporo. A co za tym idzie, robiliśmy dość duży bałagan.
- Jack mówił, że ty i Luke poznaliście się na uczelni – odparła Celeste, ustawiając na blacie kubki. 
             Liz przerwała wkładanie naczyń do zlewu, by spojrzeć na mnie. Uśmiechnęła się. Miałam wrażenie, że kobiecie ten uśmiech nie schodzi z twarzy. Dodatkowo miała w sobie coś takiego, że zarażała nim innych.
- Wpadłam na niego na korytarzu, a potem on na mnie w bibliotece – zaczęłam wyliczać. – W końcu spotkaliśmy się w księgarni.
- Od tego się zaczęło – rzuciła Liz, a ja kiwnęłam głową. – Cieszę się. Naprawdę się cieszę, bo tworzycie taką uroczą parę.
- Teraz jeszcze Ben musi sobie kogoś znaleźć i wszyscy twoi synowie będą zajęci – powiedziała ze śmiechem Celeste.
- Już kogoś ma na oku- odparła Liz, a potem zmarszczyła nos. – Choć z tego, co mówił panna na razie woli mocne imprezy, niż zaczęcie robienia czegoś konkretnego w życiu. Wolę, by się nie pakował w taki związek. Niech znajdzie kogoś skromnego i miłego i… Ale to Ben. On zawsze wie lepiej – skwitowała, wzruszając ramionami. – Może się w końcu nauczy.
- Może – pociągnęła Celeste. – Wszystko jeszcze przed nim. Mel, słodzisz?
- Nie.
- Wracając do twoich synów – pociągnęła Celeste z uśmiechem.
- To Jack zawsze był tym najbardziej rozważnym i ogarniętym – skwitowała Liz ze śmiechem. Spojrzała na mnie po raz kolejny. – Luke to całkiem inna bajka. Po wypadku zamknął się w sobie i nie był już tym roześmianym dzieckiem. Na szczęście po jakimś czasie ta radość z życia do niego wróciła, choć nadal była cienka granica ku temu, by znów się wycofał.
- Mam nadzieję, że to też jest już za nim – odparła Celeste. – Nie wygląda na kogoś załamanego.
- Z pewnością ma to za sobą- rzuciła Liz, po raz kolejny uśmiechając się do mnie. Szybko odpowiedziałam tym samym.
- Mamo! Ben znowu to robi! – Cała nasza trójka odwróciła się w stronę wejścia do kuchni, skąd doszedł do nas krzyk Jacka, a potem gromki śmiech Luke'a i Bena.
- Oszaleję z nimi – skomentowała Liz, wycierając dłonie w wiszący na krześle różowy ręczniczek. – Dokończycie robienie herbaty? Musze uspokoić męską część naszego grona.
- Pewnie – odpowiedziałam, a blondynka ruszyła w stronę salonu. – Co wy… Serio, Ben?! Andy, a ty nie reagujesz?!
- Są dorośli – skwitował jej mąż ze śmiechem.
- Złaź z niego, Ben!
- My się, tylko wygłupiamy mamo.
- Zejdź z brata i przeproś go!
- Za nic.
- Ben!
- Nie mamy pięciu lat – ciągnął dalej chłopak.
- Nie? Po waszym zachowaniu wnioskuję coś innego. Widziałam to Luke! – warknęła, a Ben parsknął śmiechem. Ja i Celeste wymieniłyśmy spojrzenia, a potem szybko zbliżyłyśmy się do drzwi, by zobaczyć, co dzieje się w sąsiednim pomieszczeniu. Obie zaczęłyśmy się śmiać.
             Ben siedział na plecak Jacka, który wierzgał rękami i nogami, starając się go z siebie rzucić. Luke też był na podłodze tuż obok nich, co jakiś czas przetrzymując brata za koszulkę, by ten nie mógł tak łatwo się uwolnić. Andy zaś obserwował to wszystko, siedząc rozwalony na sofie. Wyglądało to tak, jakby trójka jego synów zabrała się za uprawianie zapasów, ale w którymś momencie Luke i Ben połączyli siły, więc było dwóch na jednego.
- Ostrzegam cię, Lucas – pociągnęła Liz, machając w jego stronę palcem.
- Luke, mamo. Mam na imię Luke – poprawił ją. Kobieta przekręciła oczami.
- Robicie mi obciach… Chociaż nie, sobie robicie obciach, przed swoimi dziewczynami. – Zaśmiałam się pod nosem. Och, Liz… Gdybyś wiedziała, że ja dzisiaj brałam udział w walce o głupiego pilota. – Przestańcie się wydurniać!
- To zabawa.
- Chyba dla ciebie – wysapał Jack.
- Też cię kocham, braciszku – mruknął Ben, formując usta w dzióbek. Jack wykorzystał moment, kiedy jego brat zerknął na najmłodszego z nich i przybił mu piątkę. Zepchnął go z siebie, a Ben przeturlał się niemalże pod nogi matki.
- Oszaleję za wami – powtórzyła Liz. Chłopaki wymienili spojrzenia i parsknęli śmiechem.

             Wróciliśmy do domu późnym wieczorem. Musiałam przyznać, że bawiłam się na spotkaniu rodzinnym u Hemmingsów naprawdę rewelacyjnie. Jego mama była wyluzowaną kobietą, tak samo, jak tata. A jego bracia? Pozytywnie nastawieni do wszystkiego. Po wypitej herbacie, Liz zaserwowała nam ciasto domowej roboty. Opychaliśmy się nim, jednocześnie rozmawiając na wszystkie możliwe tematy. Polubiłam ich i naprawdę chciałam, by Luke tak samo dobrze czuł się jutro u mnie, jak ja u niego.
              Kiedy wpadliśmy do centrum dowodzenia, nasi przyjaciele chcieli wyciągnąć nas do pubu. Musieliśmy jednak odmówić, bo z samego rana wybieraliśmy się do Griffith, aby odwiedzić moich rodziców. Mieliśmy do pokonania ponad czterogodzinną trasę. Oprócz tego chcieliśmy być wypoczęci, a nie zdychać tam przez kaca, którego z pewnością byśmy mieli. Dlatego odmówiliśmy, robiąc sobie od razu kierunek łóżko.
              Podniosłam głowę, gdy Luke w końcu wrócił do pokoju. Uśmiechnął się gasząc światło, w momencie kiedy zapaliłam lampkę. Wszedł na materac, a potem przybliżył się, delikatnie całując mnie w usta.
- Dzisiaj nie było tak strasznie – powiedział ze śmiechem.
- Bardzo lubię twoich rodziców i braci. No i Celeste – odpowiedziałam, a on rozpromienił się. Zauważyłam w jego policzkach te urocze dołeczki, które zawsze miał, gdy uśmiechał się z zadowoleniem.
- Pewnie polubię też twoich rodziców.
- To się okaże jutro.
- Na pewno.
- Snobami na pewno nie są – pociągnęłam, a on cmoknął mnie w nos. – W sumie można ich zaliczyć do w miarę wyluzowanych ludzi.
- To dobrze. Poprzytulasz się ze mną?
- Pewnie –odpowiedziałam ze śmiechem, owijając ramiona wokół niego. 
             Luke przysunął się jeszcze bliżej, układając głowę na mojej klatce piersiowej. Jego ręce objęły mnie mocniej, a ja poczułam te znane ciepło, które od niego biło.
- Kocham cię. Mel – wyszeptał, a ja uśmiechnęłam się jeszcze szerzej.
- Ja też cię kocham, Luke – odpowiedziałam, choć o nie mógł tego usłyszeć. Przejechałam palcem po jego nosie, a on spojrzał na mnie. – Też cię kocham – powtórzyłam, poruszając tylko ustami.
              Pocałował mnie po raz kolejny, a potem wrócił do poprzedniej pozycji. Przykryłam nas kołdrą. Wiedziałam, że Luke zaraz zaśnie. Zawsze w takich momentach potrafił szybko zasypiać. Szczególnie, że dzisiaj mieliśmy dzień pełen wrażeń. Dlatego odczekałam dłuższą chwilę, aż w końcu usłyszałam jego powolny oddech. Wyciągnęłam rękę i na oślep wymacałam lampkę. Moje palce natrafiły na przełącznik. Pstryknęłam i wokół nas zapanowała ciemność. Wtuliłam się w niego bardziej, czekając na sen. 


***
Pierwsze rodzinne spotkanie za nimi - nie było wcale tak źle :) Do tego doszła wojna o pilota. A Wy wolcie Żółwie Ninja czy Na pewno, być może? Do której walczącej grupy byście dołączyli? :)
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu :)

Dziękuję za wszystkie komentarze, które od Was otrzymałam!

Standardowo informuję o możliwości zadawania mi pytań odnośnie fabuły i bohaterów na Asku - link w kolumnie Menu.

Pozdrawiam i do następnego wtorku!

9 komentarzy:

  1. Genialny, wspaniały ♥ Naprawdę nie wiem, czy wybrałabym żółwie ninja, czy na pewno, być może. I to i to bardzo lubię ^^ To pierwsze rodzinne spotkanie było mega, mam nadzieję, że z drugim będzie tak samo. Czekam na następny z niecierpliwością i pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podobało :)
      Dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam

      Usuń
  2. Super rozdział!
    Żołwie Ninja forever<3 O Boże, dostałam ataku śmiechu na bitwie o pilota hahahahha:) Już od pierwszej wypowiedzi Liz wiedziałam, że ona i Mel się polubią. To naprawdę świetne babki, Celeste z resztą też:) I oczywiście bracia Luke’a, a po nich można się spodziewać dosłownie wszystkiego i we krwi mają rozwalanie systemu:’) Mam nadzieją, że spotkanie w domu Mel przebiegnie tak super jak Luke’a :)
    Czekam na następny!
    Pozdrawiam i życzę weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobało :) Haha jak widzę żółwie ninja rządzą :) Dobrze, że udało mi się Ciebie rozbawić :)
      Rodzinne spotkanie numer dwa już w następnym rozdziale :)
      Dziękuję za komentarz!
      Pozdrawiam

      Usuń
  3. Jak zwykle świetny. Uwielbiam jak w swoich pracach opisujesz takie scenki jak ta z pilotem. Jestem ciekawa czy rodzice Mel wiedzą o tym, że Luke nie słyszy. Oczywiście, że Żółwie! Zaraz zacznę od nowa czytać Pod jednym dachem także szykuje się dla mnie ciekawa noc :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podobał :) Dzięki za tak miłe słowa. Wtorek już niedługo, a co za tym idzie spotkanie z rodzicami Mel więc w ich kwestii - nic nie mówię :)
      Żółwie chyba wygrywają XD
      Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Nie mogłam z tego rozdziału - najpierw Michael kontra ekipa filmowa, a potem Luke i jego bracia XD CUDOWNE! W sumie obstawiałabym Żółwie Ninja - sorka laski + Zack XD
    Czekam na kolejną część i odwiedziny u rodziców Mel. Pewnie Luke będzie sie stresował, ale z pewnoscią będzie dobrze.
    Pozdrawiam Milena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że podczas tego czytania się "uśmiałaś" :) Hahah widzę, że Żółwie Ninja mają przebitkę :)
      Dzięki bardzo za komentarz
      Pozdrawiam

      Usuń